|
Maraton Północ-Południe 2024 Hel-schronisko Głodówka k.Bukowiny Tatrzańskiej, dystans 1000km (przewyższenie ok.8000m) - 7-10.09.2024 |
|
"Lubię być w drodze"
Cytując mojego rowerowego przyjaciela - Furmana @Piotr Furmański dopowiem, że ja też lubię.
Lubię szczególnie raz w roku we wrześniu, podczas Maratonu Północ-Południe
1000km rowerkiem przez całą Polskę od Helu, aż po Tatry, w formule samowystarczalności z limitem 72godzin.
Start jutro o godz.9 spod latarni morskiej na Helu.
Jest to mój 3 raz z rzędu, a czy tym razem uda mi się dojechać do mety?
Pożyjemy, zobaczymy.
----------------------------------------------------------------------------------
Udało się!
Mój czas 61:56 (czas jazdy 50:57), open 74/145
W sobotę i niedzielę upalnie z przeciwnym SE wiatrem 5-6m/s. Od poniedziałku już chłodniej o kilka stopni i deszcz.
Dałem radę choć nie ukrywam, że końcówka - z racji jazdy jednym cięgiem - bez snu była już nader trudna i pod koniec byłem już nieźle "zamulony".
Co prawda próbowałem spać drugiej nocy na przystanku, na Jurze, ale nic z tego snu nie wyszło.
Nie planowałem jakiejś dłuższej relacji bo ultra 1000km nie da się tak opowiedzieć - to należałoby samemu przeżyć.
Spróbuję się streścić: w ciągu pierwszej doby, przejechałem ok.510km, ale było to oczywiście preludium do dalszej bardziej pofałdowanej i górskiej części i w żaden sposób nie może być miernikiem formy, czy prognostykiem czasu na mecie. Było gorąco, ale mimo przeciwnego wiatru jechało mi się nad wyraz dobrze z uwagi na dobre chłodzenie.
Hel, potem trochę górek na Kaszubach i płaskopolska. Oczywiście podczas tych 2 gorących dni nie zaniedbywałem jedzenia, picia, aplikowania się magnezem, potasem, solą bo bez tego ani rusz. Szybko pojawiłyby się skurcze i niechybny koniec.
Obecnie preferuję jazdę solo, nie lubię szarpania i wolę jechać "swoje" bo wiem, że łatwo można się wypalić, a tu chodzi o to by do mety dojechać, a miejsce w stawce nie jest już dla mnie tak istotne. Czasem jednak na krótko podpinałem się pod jakąś grupę, chcąc popatrzeć na śmiałków próbujących mierzyć się z tym bądź co bądź trudnym wyścigiem, czasem też dołączałem do szybszego "tramwaju" dla rozruszania starych gnatów.
W tym roku novum na numerach startowych bo znalazła się informacja o ukończonych edycjach, więc łatwo można było poznać kto weteran, a kto nowicjusz na MPP. Tak więc 1 doba pokonana na świeżości była dobrą rozgrzewką przed właściwym maratonem. Taktykę mam prostą: byle do przodu - tzn.minimalizacja czasu postojów bo wiem, że końcówka jest ciężka, dłużąca się i przerwy w jeździe wtedy też robią się coraz dłuższe. Szybkie zakupy, napełnienie bidonów, i w drogę.
W Łasku na ok.580km zrobiłem sobie dłuższą przerwę na obiad - bo ileż można zjeść ciastek, żeli, kabanosów, bananów, żelków, zapiekanek, hotdogów itp. W końcu coś konkretnego i ciepłego. Rosół z makaronem do tego schabowy z ziemniakami i kapustą - klasyka, ale tego nam było trzeba bo jak się okazało restauracja "Retro" cieszyła się dużym wzięciem wśród zawodników. Niby był skwar, ale pod parasolami na zewnątrz restauracji przyjemny przewiew. W zeszłym roku w okolicy Łasku zjechałem na 4 godziny, na kwaterę - gdzie odświeżyłem się i trochę przespałem. W tym jednak postanowiłem jechać dalej bo prognozy pogody mówiły o zbliżającym się niżu, deszczu i ewentualnych burzach co z oczywistych względów spowalnia jazdę.
Następnym trudnym etapem była Jura. Za Bełchatowem na 650km odwiedziłem sklep. Baterie do garmina i lampek, picie, trochę jedzenia i jadę. Jako późniejszy wodopój planowałem Żabkę w Mstowie (697km). Dojechawszy tam okazało się, że już nieczynna bo zamknęli o 20. Upps jadę dalej, w Olsztynie k.Częstochowy sobie coś kupię - myślę. Byłem tam przed 23 godziną, a tu zonk bo tylko Kebab czynny. Nic to, kupiłem jakieś 3 kefiry czy maślanki, 2 soczki. Mineralnej nie mieli, ale nalali mi kranówy do bidonu. Niegowa - dalszy cel - jest tam stacja całodobowa Moya (740km). Dojeżdżamy tam już w kilku a tu wisi kartka: Stacja czynna do 23:30, a już po północy było. Miałem jeszcze kranówę, kefir w kieszonce i trochę pepsi w jednym z bidonów więc pojechałem dalej, ale do Olkusza droga mi się już dłużyła i zmuszony byłem racjonować picie.
Skąd Orgowie tych interwałów tyle tu wytrzasnęli?
W końcu dojechałem do Orlenu w Olkuszu (800km). Obsługa stacji wściekła na zawodników bo przez nas mają więcej roboty niż zwykle. Kawy brak bo ekspres zepsuty. Zjadłem jakiś żurek-lurę ze słoika i w drogę. Tu popełniłem błąd, bo zamiast odwiedzić jeszcze stację Moya (kawałek dalej) i wypić tam kawę pojechałem dalej. W Krzeszowicach też zbagatelizowałem sprawę. Potem zaczęło mnie morzyć więc wypiłem żela z kofeiną.
Na końcówce podjazdu przed Makowem zobaczyłem fotografa czającego się za drzewem, na zawodników. Podjazd robiłem z buta, ale jak go ujrzałem to czym prędzej wsiadłem na rower i nawet przyśpieszyłem. Jak podjechałem bliżej to nikogo nie było. Rozumiem halucynacje w nocy, ale za dnia? 😃
Poważniejszy kryzys dopadł mnie na długim podjeździe za Makowem Podhalańskim, w Żarnówce (900km). Tak mnie zmuliło, że ani jechać, ani iść. Mijający mnie zawodnik w odpowiedzi na me żale rzucił: "który raz jedziesz MPP?", "trzeci raz!" - odpowiedziałem. "No to wiesz co robić!" - odpowiedział. Wtedy mnie olśniło i w najbliższym napotkanym sklepie prawie na wierzchołku wzniesienia zakupiłem m.in.3 saszetki kawy 3w1, które rozcieńczywszy z wodą niezwłocznie wypiłem co skutecznie postawiło mnie na nogi. Sprawę powtórzyłem w innym sklepie - tym razem w Skomielnej (911km) z tą różnicą, że zamiast wody użyłem kefiru.
Kolejny impas przyszedł pod wieczór w Gliczarowie Dolnym i Górnym (972km) gdzie stromych podjazdów nie było końca. Tylko ja, noc, deszcz, senne mary, szum potoku, ujadające psy, majaczące zarysy zabudowań i drzew, wąska droga oraz jeżdżące samochody nierzadko na dużej prędkości - surrealizm w czystej postaci. Ucieszyłem się nawet widząc innych zawodników wyprzedzających mnie bo z tego zmęczenia nie byłem już pewny czy dobrze jadę. Potem był długi i szybki zjazd z Bukowiny Tatrzańskiej i ponowne dwa dłużące się podjazdy, - wpierw na Murzasichle, a potem na Głodówkę, - gdzie znów doświadczyłem załamania połączonego z objawami jakby splątania. Raz zatrzymałem się zastanawiając się dłuższą chwilę co właściwie powinienem tu robić. Innym razem zrestartowałem e-Trexa bo myślałem, że się pewnie zawiesił bo kręcę, kręcę, a na ekranie wogóle nie posuwam się do przodu. Potem ubzdurałem sobie, że "Głodówka" uwzięła się na mnie i chyba nie chce bym tam w ogóle dotarł!
Zimno, mokro i w końcu miarka się przebrała! Naparzam tu ile wlezie, a ja wciąż stoję w miejscu, więc w końcu nie wytrzymałem i zacząłem rzucać .urwami na prawo i lewo, że nigdy więcej. 
Do tego jeszcze jakiś miejscowy "miszcz kierownicy" - swą czarną bryką [nr rej. KTT...] trenował był chyba bardziej lub mniej kontrolowane poślizgi, jeżdżąc co kilka-kilkanaście minut tam i z powrotem. Zjeżdżałem wtedy czym prędzej na pobocze bo głupio byłoby być rozjechanym przez samochód na te parę kilometrów przed metą.
Ponieważ do końca limitu miałem ok.10 godzin zapasu, więc przynajmniej stresu nie miałem, że nie wyrobię się w czasie i w końcu o godz.23:11 (w poniedziałek) jakoś doturlałem się do mety.
Po ilości DNF-ów wychodzi na jaw gorzka prawda podana na stronie Organizatorów: "MPP to nie jest impreza dla każdego, pomimo, iż każdy może się zapisać"
wystartowało 145
ukończyło 91
nie ukończyło 54
Tak czy inaczej 3 z rzędu MPP zaliczony sukcesem i odliczam już czas do kolejnej edycji!
  
     
 
Poprzednie edycje:
MPP 2023 - 9-12.09.2023
MPP 2022 - 10-13.09.2022 |
|
|
|
Prognoza pogody dla Małopolski |
|
|
Ostatnie aktywności rowerkowe |
|
|